| gorący temat |
| 7/8/2010 |
Kto spowodował, że po koszmarnym wypadku zacząłeś od siebie wymagać, by nie popaść w stagnację, otępienie?
– Rodzice, dla których cierpienie dzieci jest najtrudniejsze. Każdy rodzic czuje wtedy bezradność, a to najgorsze z możliwych uczuć. Moi rodzice nie pozwolili mi się jednak poddać. To oni byli i cały czas są tymi osobami, które przede wszystkim mnie inspirują, pokazują, że w życiu nie ma takiego doświadczenia, które by nas przekreślało. Naładowali mnie energią zwłaszcza wtedy, gdy sam jej nie miałem i się poddawałem.
Sześć lat temu dokonałeś czegoś niewiarygodnego. Dwa bieguny polarne, dwa lata po wypadku. Rzecz trudna do zdobycia dla pełnosprawnych, do tego wysportowanych ludzi, a Ty wsparty Markiem Kamińskim dokonujesz tego w zadziwiający sposób. Trudniej wtedy było Tobie złamać barierę fizyczną czy tę tkwiącą w Twojej psychice?
– Zdecydowanie barierę psychiczną. Po wypadku straciłem wiarę, że mogę żyć jeszcze pełnią życia. Byłem załamany. Na spotkaniach przed wyprawą obok, tych którzy mnie wzmacniali, byli też niestety i ci, którzy próbowali ciągnąć mnie w dół…
Chciałeś im pokazać, że można…
– Chciałem pokazać, że można sobie, ale i ludziom, którzy mogliby się znaleźć w sytuacjach podobnych do mojej, którzy chcąc coś zrobić ściągani są w dół przez inne osoby. Nie wolno zwracać uwagi na coś takiego. Trzeba słuchać ludzi, którzy nas inspirują, to oni pozwalają spełniać marzenia i dają „kopa” do walki.
Po zdobyciu dwóch biegunów, pomyślałeś pewnie: „nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych”.
– Zdecydowanie tak, choć pamiętam, że na początku miałem przeczucie, że jest to zadanie niemalże niewykonalne. Pokonaliśmy wszystkie przeszkody i się udało. Tym udowodniłem sobie, że można sprostać każdemu wyzwaniu. Udało się zdobyć dwa bieguny, dlaczego nie spróbować zdobyć czegoś innego?
Na przykład szczytów takich jak Elbrus czy Kilimandżaro, które różni wysokość ćwierć kilometra. Różnią też inne rzeczy. Co chciałeś osiągnąć przez udział w tych wyprawach?
– Są rzeczy, o które walczą ludzie pełnosprawni, zdrowi, wysportowani, a my niepełnosprawni podobno nie. To prawda, że zaczynamy z dużo trudniejszego pułapu, ale przykład choćby niewidomego Łukasza, który wchodzi na Kilimandżaro, na Elbrus, gdzie rocznie ginie 20 osób, pokazuje, że też można. Zwracamy uwagę na ludzi słabszych, którzy robiąc takie rzeczy, pokazują swoją niezwykłą siłę. Takie wyprawy robimy też dlatego, by zwrócić uwagę na to, co w życiu jest naprawdę ważne. Wcale nie wyprawy, bo to pretekst medialny. My chodzimy na nie, ale niepełnosprawnym by chociaż wyjść z domu, potrzebne są narzędzia – drogie protezy, na które pieniądze przez takie ekspedycje właśnie zbieramy.
W przygotowaniach do wypraw, w kryzysowych momentach przyświecały Tobie słowa Jana Pawła II: „musicie od siebie wymagać”?
– Kiedy na biegunie południowym było strasznie zimno, smutno i szaro, a w oczy wiał przeraźliwie zimny wiatr, a my myśleliśmy, że nie damy rady, motywacyjnego kopa dały nam inne słowa papieża, który w telegramie do nas napisał; „każdy z nas ma swoje Westerplatte, na którym musi walczyć i nie może się poddać”. Myślę, że w dużej mierze życie jest w naszych rękach. Nawet jeśli nikt od nas nie wymaga, ale sami coś chcemy osiągnąć, to nie ma takiej siły, byśmy nie realizowali marzeń. Chodzimy do szkoły, nauczyciele każą nam się uczyć, ale w pewnym momencie sami decydujemy jaką ścieżką pójść. Wszystko zależy od naszej konsekwencji. Nikt nie powie: „Stary musisz być szczęśliwy, by spełnić swoje marzenie”. Jeśli od siebie nie wymagamy, nic nie osiągniemy. Szczytu, bieguna, innych rzeczy ważnych dla siebie samego.
To gdzie znaleźć motywację do tego, by wymagać od siebie, gdy nie wisi nad nami bat?
– Trzeba się zastanowić nad tym, co chcemy. Jak już w coś wchodzimy to „na maksa”, a nie na pół gwizdka. Każdy inspirację czerpie z innych źródeł. Dla mnie są nimi przede wszystkim ludzie niepełnoprawni, których spotykam. Często oni są dużo aktywniejsi od tych „rubryczkowo” pełnosprawnych. Bo co z tego, że facet nie ma na przykład nóg, jak wspina się na szczyt tak, że mi głupio o nim mówić „niepełnosprawny”. Swoją postawą wchodzi mi na ambicję. Zresztą tak naprawdę to każdy człowiek jest w jakiejś części niepełnosprawny, tylko tego nie widać…
– Tak, bo choć mu niczego nie brakuje, to tak naprawdę nie ma energii, chęci do tego, by zrobić choćby krok do przodu.
Tym krokiem do przodu jest też dla Ciebie fundacja, którą założyłeś. Zapytam hedonistycznie po co to robisz? Po co dzielisz się tym co masz z innymi? Przecież łatwiej jest płynąć z prądem.
– Robię to po to, by pokazywać zupełnie inny schemat. Na przekór tego co lansują komercyjne media, całkowicie hedonistycznego sposobu życia. Jan Paweł II nazwał to dobitnie: cywilizacja śmierci. Mnóstwo ludzi tak żyje, pływa po powierzchni życia, nie próbując się w nie zagłębić. Każdy ma być piękny, młody i bogaty. A problemem staje się wybór tuszu do rzęs, czy to, w jaki sposób poderwać atrakcyjną kobietę. Wyłączasz telewizor i patrzysz na siebie mówiąc; mam inne problemy – czy to znaczy, że jestem gorszy? Dom, dwa są ludzie, którzy też mają prawdziwe problemy. Warto wziąć te troski na swoje plecy, bo cierpienie uszlachetnia, potrafi też sprawić, że pełniej cieszysz się z dobrych rzeczy. Bo słońce cieszy bardziej po kilku dniach mrozu, niż w lipcu, gdy świeci cały czas. Trudne rzeczy sprawiają, że piękne chwile w naszym życiu stają się jeszcze piękniejsze.
Chcesz wiedzieć więcej jak działa Jaś Mela? Wejdź na stronę jego fundacji www.pozahoryzonty.org. Może to te wakacje będą początkiem jakiegoś dobrego działania na rzecz innych?

